Nie każda wizyta zostawia dobre wspomnienia…

Prowadzenie hodowli to coś znacznie więcej niż tylko opieka nad psami i przekazywanie szczeniąt w dobre ręce. To ogromne zaangażowanie emocjonalne, codzienna praca, nieprzespane noce, a przede wszystkim – otwarte serce. Dziś chcę podzielić się z Wami historią, która była dla mnie trudna i bolesna, ale też przypomniała mi, dlaczego tak bardzo wierzę w to, co robię.

Kilka dni temu miałam bardzo miłą rozmowę z Panią, która była zainteresowana suczką rasy Shih Tzu. Przez dwa dni wymieniałyśmy wiadomości, rozmawiałyśmy o naszej hodowli, o tym, jak prowadzimy odchów szczeniąt, o socjalizacji, edukacji przyszłych właścicieli… Było bardzo sympatycznie – Pani była pełna ciepła, zaangażowana, zakochana w rasie i w naszej pracy. Już wybierała imię dla malutkiej – czułam, że to może być piękna psio-ludzka historia.

Zanim zapadła decyzja, Pani poinformowała mnie, że chce porozmawiać z mężem, i przyjechać razem, by obejrzeć warunki, w jakich przebywają nasze psy – dorosłe i szczenięta. Takie wizyty są czymś naturalnym – zależy mi, by przyszli opiekunowie poznali naszą hodowlę i zobaczyli, ile serca w nią wkładamy. Zaznaczyłam jednak wyraźnie – jak zawsze – że nie wolno głaskać szczeniąt ze względów zdrowotnych. Ręce, buty – wszystko może nieść drobnoustroje, wirusy, bakterie. Chrońmy te małe życia.

Niestety – wizyta, która miała być początkiem nowej przyjaźni, okazała się jedną z najtrudniejszych, jakich doświadczyłam.

Mąż Pani, z którą rozmawiałam, od samego początku zachowywał się w sposób, który trudno mi nazwać inaczej niż – niekulturalny. Przeszkadzał mu kot chodzący po mieszkaniu, powtarzał, że „zaraz zwymiotuje ze smrodu”. Wypowiedzi, które w moim własnym domu, w mojej prywatnej przestrzeni, były po prostu obraźliwe – i to nie tylko w stosunku do mnie, ale także do jego żony i jego mamy, która również była obecna.

Każdy, kto zna naszą hodowlę, wie, jak bardzo dbamy o czystość, jak regularnie kąpiemy psy, jak dezynfekujemy mieszkanie. Tak – jeśli w domu są zwierzęta, to naturalne, że mają swój zapach. Ale odrobina taktu, szacunku i kultury powinna obowiązywać każdego, kto przekracza próg czyjegoś domu – szczególnie jeśli przychodzi z zamiarem przyjęcia do swojego życia nowego członka rodziny.

Zdecydowałam, że nie przekażę szczenięcia z naszej hodowli do tego domu. Nie mogę narażać małej, wrażliwej istoty na życie w środowisku, gdzie nie ma akceptacji i zrozumienia dla natury psa – jego zapachu, potrzeb i obecności. Pies nie może być źródłem stresu – musi być oczekiwany, chciany i kochany przez wszystkich członków rodziny.

Było mi bardzo przykro. Dziewczynka wraz z mamą się popłakały. Miały już imię dla malutkiej, nadzieję i radość. Ale nie mogłam postąpić inaczej. Moje szczenięta są dla mnie jak dzieci – wychowywane z czułością i troską – i nie oddam ich w ręce, co do których mam jakiekolwiek wątpliwości.

Piszę to, by podzielić się z Wami emocjami, ale też by podziękować…
Dziękuję wszystkim moim wspaniałym opiekunom, którzy tworzą prawdziwe, kochające domy dla naszych psiaków. Dziękuję, że rozumiecie, że jesteście, że dajecie mi siłę do dalszej pracy.
Nie każdy to zrozumie – ale Wy rozumiecie doskonale. Dziękuję z całego serca.